A moje przemyślenia dotyczą właśnie tamtych czasów, kiedy kobiety jedyne co robiły, to rodziły dzieci i udzielały się w "Ligach", a przede wszystkim udawały wspaniałe gospodynie domowe. Nie mam na myśli tu polskich kobiet, bo tak naprawdę Polacy nigdy nie dopuściliby do uznania niewolnictwa. Chociaż tyle wspaniałości w naszym narodzie. Strasznie zirytowało mnie, że się dyskryminowało ciemnoskórych, że nadawali się tylko do sprzątania, opiekowania się dziećmi - czasem lepiej niż własne matki, które zwyczajnie nie miały powołania albo czasu. Nie wyobrażam sobie takiego domu, nie wyobrażam sobie, żeby obojętnie patrzeć, jak coś takiego dzieje się obok mnie. I dopadło mnie. Może jest cień szansy, że czasem nie potrafimy się odnaleźć w teraźniejszym życiu, że zdarza się nam nie wiedzieć, co tak naprawdę jest dla nas ważne, bo to życie nie było jedyne, które dano nam przeżyć?
Poczułam wielką więź z przeszłością. Teraz jedyną najważniejszą dla mnie rzeczą jest stworzenie idealnej rodziny, ale jestem pewna w 100%, że gdybym miała się urodzić 50 lub 100 lat wcześniej, byłabym albo emancypantką albo aktywistką i robiłabym wszystko by uwolnić kobiety albo osoby źle traktowane (w tym przypadku o odmiennym kolorze skóry).
Nie wiem w sumie, po którym z rodziców odziedziczyłam poczucie sprawiedliwości i uczciwości, ale to jedna z niewielu rzeczy, z której jestem naprawdę dumna, że ją posiadam.
A teraz śliczna piosenka, która za mną chodzi cały dzień:
Włosowo jestem w fazie testowań szamponu Timotei Delight Organic oraz odżywki Garnier Ultra Doux, Masło karite i awokado. :)
A w poniedziałek idę na dzień szkoleń. Wygląda na to, że dostałam niewolniczą pracę ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz